Boże Narodzenie w przedwojennej WSM

Mamy rok 2018. W Unii Europejskiej trwają gigantyczne polityczne i społeczne przemiany, a ja…? A ja w takim momencie spróbuję opowiedzieć, jeśli Państwo pozwolą, jak to było ze zwyczajami bożonarodzeniowymi w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przed II wojną światową. Cieszmy się! Żyją jeszcze bowiem świadkowie tamtych Świąt, choć zostało ich niestety niewielu – a więc powspominajmy!

panorama WSM z II kolonii II III V VI VII kolonielodowisko

Święta Bożego Narodzenia były i są najbardziej rodzinnymi z rodzinnych, najbardziej domowymi oraz najradośniejszymi wśród polskich świąt. Utrzymywanie bowiem w polskiej kulturze zwyczajów bożonarodzeniowych świadczy o ciągłości międzypokoleniowego przekazu. Pomimo kataklizmów dziejowych, prawie permanentnego stanu zagrożenia narodowego bytu i kultury nie została zerwana więź międzypokoleniowa. Rodzina jest pomostem „między dawnymi a nowymi laty”.

Otóż należy stwierdzić, że święta Bożego Narodzenia obchodzone w WSM przed II wojną światową niczym nie odbiegały od tych, wtedy obchodzonych w Warszawie. No, może wyróżniały się bardziej starannym pielęgnowaniem zwyczajów świątecznych i gościnnością. Czem chata bogata, tem rada! Oczywiście w miarę skromnych możliwości.

Mieszkańcy WSM byli przeważnie katolikami, choć było też trochę przedstawicieli innych wyznań i bezwyznaniowców. W bardzo wielu mieszkaniach wisiał krzyż lub święty obraz na co najmniej ćwierć ściany, na honorowym miejscu. Przestrzeganie zwyczajów bożonarodzeniowych spadało w domach zwykle na barki matek, babć, cioć, córek… kobiet. One planowały i realizowały świąteczne przedsięwzięcia. Dzieci zaś były najważniejszymi i najwdzięczniejszymi uczestnikami Świąt. Ojciec, pan domu, stał na straży budżetu świątecznego. Bożonarodzeniowe zwyczaje bardzo precyzyjnie opisywały sposób zachowania mieszkańców w powiązaniu z doktryną chrześcijańską. Współdziała tu sztuka z religią. Były to święta, których początku nie wyznaczał zegar czy przypadkowe zakończenie prac przygotowawczych, lecz kosmiczno-religijny znak przyrody – ukazanie się pierwszej gwiazdy, mającej przypominać gwiazdę betlejemską. Był to czas wzajemnych odwiedzin rodzinnych, także z dalszej rodziny, oraz z rodziną zaprzyjaźnionych.

Poniższy opis zwyczajów z czasów przedwojennych, nie wyczerpuje ich listy, taka ich wielość, tyle odmian.

Strojenie choinki. Zwyczajom związanym z choinką poświęcony był artykuł w  „Życiu WSM” zamieszczony w grudniowym numerze 2016 r., z tego względu tylko pozwalam sobie zamieścić wzmiankę dotyczącą tej tematyki. Kupnem choinek zajmowali się przeważnie ojcowie. Na Żoliborzu kupowali je albo na placu przy Filareckiej, albo przy I kolonii na Krasińskiego. Stało tam kilku sprzedawców, oferujących kilkadziesiąt drzewek. Drzewka można też było kupić okazyjnie lub, czego nie można było, bo zabraniało tego prawo, wyciąć w lasku na Bielanach. Kompletowano zabawki choinkowe. Robiono łańcuchy, gwiazdki. Drzewko strojono po zakończeniu porządków w domu. Robiła to przeważnie matka/babka w asyście dzieci/wnuków.

Było przyjęte, że pan domu po osadzeniu choinki w stojaku opuszczał mieszkanie, by nie przeszkadzać pani domu w pracach domowych, a pojawiał się przed samą wieczerzą wigilijną. W tym czasie mógł odwiedzić lokale sklepowe zwane „handelkami”, w których można było zjeść i wypić. Było ich kilkaset w Warszawie. Ich obsługę stanowili subiekci sklepowi.

Wspólna modlitwa przed wieczerzą, dłuższa lub krótsza. Łączono ją czasem ze wspomnieniem zmarłych krewnych.

Wieczerza z tradycyjnymi potrawami. Akcentowano postność potraw wigilijnych. Na około trzy dni przed świętami robiono zakupy. W uzgadnianiu, co będzie na święta, zwykle brała udział cała rodzina. Liczbę potrzebnych rzeczy zwykle korygowali ojcowie – bardzo zwracali uwagę na sprawy kulinarne, starając się w miarę możliwości opanować fantazje w tym względzie swych małżonek. Przykładali zwykle wagę do tradycyjnego zestawu potraw i upraszczania wigilijnego menu.

Obowiązywała zasada, że w czasie świąt nie powinno się gotować, jedynie odgrzewać. Przeważnie pieczono jedno ciasto, a resztę słodyczy kupowano gotowych. W kręcenie maku często zaangażowana była cała rodzina. Komisyjnie oceniano, czy mak ma już odpowiednią konsystencję.

Ilość przygotowanych potraw zależała od zamożności domu. Powinna to być liczba nieparzysta. Należało każdej potrawy skosztować, gdyż w przeciwnym razie tego, czego nie spróbowano, mogło zabraknąć w przyszłym roku. Gospodynie wymieniały się w związku z tym potrawami. Wśród dań najczęściej spotykamy: barszcz czerwony z uszkami, kapustę z grzybami, karpia po żydowsku, śledzie w śmietanie, kluski z makiem, piernik. Do popicia kompot z suszonych śliwek. Próbowano wprowadzać nowinki, a to „śliżyki” (ciasteczka makowe z mlekiem i miodem) i postny bigos z Wileńskiego, a to postne gołąbki, kutię i pierogi z kartoflami rodem ze Lwowa. Z unikaniem napojów alkoholowych było różnie. Dobrą markę miała wódka od Baczewskiego. W Polsce był monopol spirytusowy.

Jeżeli chodzi o pozostałe dwa dni świąteczne, na stole miało być dostatnio. Przyjęte było, by od stołu wstać najedzonym do syta.

Postawienie wolnego nakrycia. Stawiano je dla wędrowca bądź dla osoby ubogiej, potrzebującej wsparcia. Do wieczerzy starano się, by zasiadała parzysta liczba osób. Wolne nakrycie miało przypominać, że chrześcijanin ogarnia miłością wszystkich ludzi potrzebujących pomocy.

Obawiano się liczby 13, uważano ją za złowieszczą – od wieczerzy w Ogrójcu. Chrystus siadł do wieczerzy z dwunastoma apostołami. Stąd pochodzi „feralna trzynastka”. Już jednak przy 12 osobach półtoraizbowe mieszkania WSM pękały w szwach. W ramach pomocy sąsiedzkiej pożyczano sobie zastawę stołową i krzesła.

Dzielenie się opłatkiem to najważniejszy moment wigilijnej wieczerzy. W innych krajach zwyczaj ten nie jest znany. Dzielenie opłatkiem zaczynał pan domu lub w jego zastępstwie najstarszy syn, a potem każdy z obecnych musiał ułamać u drugiego kawałek opłatka i zarazem podać mu swój do ułamania. Gdy się wszyscy tak podzielili, składając sobie życzenia i żegnając się krzyżem, można było zasiadać do wigilijnej wieczerzy.

Podkładanie siana pod obrus. Wróżenie z siana długości życia/daty zamążpójścia. Zwracano się pół żartem, pół serio do magii. Cóż, podejmowanie prób wróżbiarskich świadczyło o żywej ludzkiej potrzebie wyjaśnienia niepokojących zagadek przyszłości. „Posiadanie znaczy mniej – niż nadzieja” (cyt. W. Tatarkiewicz, „O Szczęściu”).

Śpiewanie kolęd. Jeszcze przed zajęciem miejsc przy stole wigilijnym śpiewano na stojąco jedną z kolęd, na przykład: „Wśród nocnej ciszy”. Na zakończenie wieczerzy także śpiewano kolędy, już nie jedną, ale według uznania.

Chodzenie z kolędą, szopki, jasełka (Herody). Czytelnik znajdzie w „Życiu WSM” z grudnia 2017 r. więcej informacji na temat szopki i jasełek. W tym miejscu zamieszczam tylko drobne uzupełnienia. Przez kolonie WSM wędrowali kolędnicy – „W dzień Bożego Narodzenia tanecznie niesie się dusza”. Tańcami są też nuty kolęd przez nich śpiewane. „Bóg się rodzi, moc truchleje,/Pan niebiosów obnażony” – to wspaniały staropolski polonez… Inne to – polki, obertasy, mazury, krakowiaki” (Władysław Orkan, „Z listów ze wsi”).

Regulamin WSM zabraniał wstępu na teren kolonii domokrążcom i żebrakom, jednakże zakaz ten nie obejmował kolędników. Mieszkańcy zawsze czymś dobrym ich obdarowywali. Z drugiej strony kradzieże wigilijne też się zdarzały. Prym w tym wiedli kolędnicy z bieda baraków przy dzisiejszym Dworcu Gdańskim, z Powązek i Marymontu. Przywłaszczone fanty w ramach psot wigilijnych należało zwrócić, ale różnie z tym bywało.

W ciągu jednego wieczoru potrafiło się przewinąć kilka jasełkowych młodocianych zespołów „teatralnych” przez poszczególne kolonie. Wykorzystywali teksty z „Betleem polskiego” oraz własne. Przykładowo: Herod występował w czerwonym szlafroku, Śmierć w prześcieradle, a Żyd z Dziesięciorgiem Przykazań.

Chodzenie po kolędzie. Osiedle WSM należało do parafii św. Stanisława Kostki i było terenem posługi duszpasterskiej tutejszych księży. Wizytę księdza należało przedtem umówić.

Chodzenie na Pasterkę było najważniejszym z ówczesnych zwyczajów. Do Kościoła św. Stanisława Kostki było bardzo bliziutko. Towarzystwo, które przed chwilą wstało od stołu, wędrowało na Pasterkę. Po niej obrzucano się śnieżkami, jeżeli był świeży śnieg.

W czasie Pasterki robiono różne zwyczajowe psoty, jak przyczepianie klęczącym rąbka sukienki do kołnierza, czy też wynoszenie pozostawionych narzędzi do odśnieżania przez gospodarzy, na przykład z piątki na czwórkę lub do innej klatki. Te psoty nie zawsze były dowcipne, czasem były szkodliwe.

Należy wspomnieć, że na dozorcę mówiło się gospodarz. Gospodarz domu składał życzenia mieszkańcom domu, za który był odpowiedzialny (przy okazji lustrował mieszkania). Dobrze przy tym wiedział, komu je składać. Dostawał wtedy niewielkie datki. Nie używano nazw ulic, tylko numerów kolonii, w ogóle wszyscy dobrze się znali, tak że mieszkańcy przyrównywali swoje osiedle WSM do „wielkiej wiochy” lub do oazy. W czasie okupacji nikt nie wydał mieszkających tam Żydów, ani tych z zewnątrz, których przechowywano na terenie WSM. Wiadomo też, że jeździło się z Żoliborza do Warszawy lub do „miasta”.

Duchy zmarłych. W czasie wigilii ze względu na duchy zmarłych, które wtedy towarzyszyły żywym, zanim się siadło, należało przedtem zdmuchnąć uprzednio miejsce. Także ze względu na nie, należało palić świeczki oraz pod kuchnią.

Obdarowywanie się wzajemnie prezentami. Gwiazdkowe podarunki wręczano sobie wzajemnie na zakończenie wieczerzy. Nawet dzieci przygotowywały własnoręcznie wykonane drobiazgi. Często wykorzystywano pośrednictwo św. Mikołaja. Robiono to na co najmniej dwa sposoby. W pierwszej wersji, dla dzieci, święty Mikołaj wrzucał do butów słodycze i drobne upominki, ale potrafił umieścić i rózgę. W drugiej wersji św. Mikołaj wkraczał do mieszkania z wielkim workiem prezentów i rozdawał je i dużym, i małym.

Obdarowywanie zwierząt. Na początku istnienia WSM Regulamin zabraniał trzymania zwierząt w mieszkaniach. Dopiero później zmieniono przepisy. I tak na przykład psu dawano solidny kawał kiełbasy, kotu jakiś smakowity kawałek mięsa. Jak widać, zwierząt nie obowiązywał post w WSM.

Nie można nie zacytować informacji o przedświątecznym pokazie pieczenia ciast. A mianowicie: „Koło Czynnych Kooperatystek łącznie z „Klubem Kobiet” zorganizowały w dn.
4 grudnia pokaz pieczenia ciast na proszkach „Społem”. Pokaz odbył się w lokalu Związku Pracownic Domowych, który dzięki pomocy Funduszu Społeczno-Wychowawczego ma zaopatrzoną kuchnię w różne naczynia i sprzęty. W obecności 32 osób ob. Dobrzyńska, instruktorka gospodarstwa domowego, zapewniała słuchaczki z techniką obchodzenia się z proszkiem do pieczenia. Liga Kooperatystek ogłosiła konkurs lojalności spółdzielczej
. Tekst ten znakomicie oddaje bogactwo życia spółdzielczego. Ileż w nim wymienionych jest organizacji powiązanych z WSM. No i proszę zwrócić uwagę na proponowany cel, który występuje jakby w tle prezentacji proszku do pieczenia – konkurs lojalności spółdzielczej. Przemawia do nas sama historia!

Wracając do zwyczajów bożonarodzeniowych, w każdej rodzinie mają one indywidualny charakter, ale wszystkie mają pomóc w jak najpiękniejszym, najprawdziwszym i najradośniejszym przeżyciu największej tajemnicy tych Świąt – Narodzin Bożego Dzieciątka. Nic na świecie nie może równać się z ogromem tej tajemnicy. Jak sądzę, udało mi się przekazać coś z klimatu ówczesnej domowej krzątaniny i świętowania przez mieszkańców WSM, których ramy wyznaczały zwyczaje, które są też dużej mierze naszymi zwyczajami w roku Pańskim 2018.

Chciałbym jeszcze tylko zaapelować! Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Będziemy niedługo łamać się opłatkiem. Szóstego grudnia przed Klubem osiedlowym „Szafir” Zatrasia i Rudawki mieszkańcy wystroili choinkę bożonarodzeniową. A może by tak, dla podtrzymania tradycji, to miejsce uczynić w przyszłości miejscem radosnych spotkań nie tylko lokalnych, ale rodzinnych dla wszystkich chętnych z naszych wsm-owskich osiedli, i nie tylko…

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

Władysław Głowala

Artykuł ukazał się w numerze 6/2018 „Życia WSM”