I miejsce w konkursie Fundacji Pole Dialogu

Czereśnie i inne obrazki z przeszłości

Mieszkam na Sadach Żoliborskich niemal od urodzenia. Moi rodzice byli jednymi z pierwszych lokatorów w naszym budynku. Często do dziś wspominają, jak oto z dnia na dzień stali się obiektem zazdrości znajomych: nie dość, że zdobyli własne M-4, co już samo w sobie w owych czasach graniczyło z cudem! – to jeszcze na TAKIM osiedlu.

IMG 0247 001Zanim zrozumiałam, czym jest architektura i modernizm, wiedziałam już doskonale, że mieszkam w wyjątkowym miejscu. Sady były obiektem pokazowym, co znaczyło, że wiele, mniej lub bardziej oficjalnych wycieczek z bratnich demokracji, przyjeżdżało obejrzeć nasze trzy podwórka,oczywiście pod opieką przewodnika. Szybko my – podwórkowa ekipa – zorientowaliśmy się, że grupy owe chętnie dzielą się z nami drobnymi prezentami: znaczkami, flagami, drobnymi pamiątkami. W najmniejszej cenie był złoto-czerwony znaczek, tak zwane Dzieciątko Lenin, bo też trafiał się najczęściej.

Duża część mojej rodziny mieszkała jeszcze przed wojną na terenie III, IV i V kolonii WSM. Nie pamiętam, żeby jakoś szczególnie pouczano mnie, czym jest spółdzielczość czy działalność społeczna. Pewien sposób zachowania – szacunek dla wspólnego dobra – był po prostu oczywisty i wynikał z wychowania – ale też z naszego osiedlowego współistnienia. Dużo później, rozmawiając z moimi sąsiadami dowiedziałam się, że oni sami także często mieszkali wcześniej na koloniach WSM. Był z nimi również związany nasz gospodarz – nikt nie śmiał nazwać go cieciem! – pan Puławski. Mieszkał na parterze, w bloku stojącym po środku podwórka, co miało duże znaczenie, lubił bowiem mieć oko na wszystko. Do dziś z lekką obawą i niechęcią przechodzę przez trawnik – był to wtedy czyn zakazany i delikwent, który śmiał wdepnąć na trawę ścigany był donośnymi okrzykami pana Puławskiego. Latem wstawał o świcie i podlewał starannie obszerny klomb róż. Kwitły wspaniale, jednak kto zaprojektował klomb tuż przy dziecięcym placu zabaw? Często trafiała tam piłka. Zdarzało się, że musieliśmy wyliczać „Ene-due-like-fake, torba bor-ba ósme smake…”, typując straceńca, który pójdzie po piłkę. Nie chodziło o kolce, ale niechby to zobaczył pan Puławski! Szkoda gadać.

Gospodarz nie tylko dbał o zieleń i sprzątał okolicę. Bez trudu organizował sąsiedzkie akcje. Niektóre z nich przypominały obowiązujące w czasach PRL-u czyny społeczne. U nas przybierały one jednak formę niezwykle sensowną: na wiosnę rodzice i dzieci przez kilka godzin razem przekopywali część trawników. Znacznie trudniej przychodziło potem zniszczyć efekty własnej, ciężkiej pracy. I wszyscy mieliśmy poczucie, że porządkujemy nasz własny kawałek świata.

Wszystkie dzieci szczególnie czekały na dzień, który na ogół wypadał po zakończeniu roku szkolnego w czerwcu. Pan Puławski od rana rozgłaszał wszem i wobec, że tak! to już dziś! Nietrudno zresztą było zgadnąć, widząc go z wielką drabiną. Ustawiał ją pod dorodną, starą czereśnią, rosnącą przed moimi oknami. Zwykle o tej porze było już na niej mnóstwo dojrzałych owoców. Nie należało zrywać ich wcześniej i nikt, kto nie chciał się narazić na oburzony wzrok gospodarza, tego nie robił. Poza drabiną, pod drzewem stała gigantyczna biała miednica. Pan Puławski wchodził na drabinę, zrywał czereśnie i wsypywał je do miednicy. Oczywiście co chwila przestawiał drabinę. A my, dzieci z całego podwórka, jedliśmy wspólnie czereśnie i już wiedzieliśmy, że naprawdę zaczęły się wakacje.

Joanna Wysocka

Artykuł ukazał się w numerze 6/2018 „Życia WSM”