Przy kawie z seniorem: Aktywność przede wszystkim

Panią Danutę Pierścińską poznałam w czasach, kiedy jeszcze w Klubie „Szafir” działał chór „Szafirki” prowadzony przez wspaniałego człowieka i profesjonalnego muzyka pana Marka Tomczaka. W chórze znalazło się wiele chętnych pań i niewielu panów z Zatrasia i Rudawki, i nie tylko. Okazało się, że mamy bardzo utalentowane seniorki, które pod kierunkiem swego mistrza szybko osiągnęły wysoki poziom i były chętnie słuchane nie tylko w klubach WSM, ale też zapraszane do innych. W tym właśnie chórze śpiewała pani Danuta. Nasze kolejne spotkanie odbyło się przy wigilijnym stole również w naszym osiedlowym klubie, kiedy to dostałam w prezencie gwiazdkowym od p. Danuty piękną cekinową choinkę własnej roboty. Pomyślałam wtedy, że w wieku senioralnym można dopiero znaleźć czas na rozwinięcie ukrytych talentów, w tym przypadku artystycznych. I tak oto przed Wielkanocą spotkałyśmy się przy kawie, by bliżej poznać naszą bohaterkę.

 

Danuta Wernic: Pani Danuto, z tego co wiem jest pani żoliborzanką z Powązek, mieszka pani na terenie, gdzie kiedyś stał dom pani rodziców i gdzie pani się urodziła. Jak tu wówczas bywało i jak pani ten czas wspomina?

Danuta Pierścińska: Tak, rzeczywiście tu się urodziłam i wychowałam, chodziłam do szkoły przy Elbląskiej (dziś liceum Witkiewicza), do kościoła chodziłam do św. Jozafata, tam byłam u Komunii i tam brałam ślub. Mój dom rodzinny stał na ulicy, której dziś nie ma – Lignickiej. Szła ona od Przasnyskiej w dół, dziś ten odcinek nazywa się Saperska. Oczywiście nie ma żadnego porównania dzisiejszego wyglądu tych terenów do tego, co było w latach mojego dzieciństwa. Były tu domy i domki, drewniane, murowane, ubogie i bogatsze, z ogródkami, hodowlą drobiu i innego inwentarza. Można było od jednej sąsiadki kupić mleko, od innej jajka, od jeszcze innej warzywa. Był to teren zwany Miasteczkiem Powązki i niekoniecznie uważany był za bezpieczny dla obcych, ale swoi dobrze sobie radzili i trzeba przyznać, że więzi sąsiedzkie były silne i trwałe. Wszyscy się znali, wspierali i pomagali sobie. Dziś wygląda to zupełnie inaczej, każdy zamyka się w swoim mieszkaniu i najczęściej sąsiedzi ograniczają się do „dzień dobry”.

Proszę powiedzieć, co zostało z tamtych lat? Mam na myśli takie elementy, których nie zniszczono w trakcie budowy osiedla i Al. gen. Maczka.

Niewiele: kapliczka św. Józefa, którą postawili mieszkańcy jeszcze przed wojną – w 1929 roku, stara piekarnia, której właścicielami byli państwo Bobrowscy, a która dziś czeka na rozbiórkę i straszy swoim wyglądem przy nowym budynku administracji, no i oczywiście szkoła. Na tyłach Izabelli mieszka jeszcze mój kolega Zbigniew Wiśniewski, dorożkarz, który przejął po ojcu konia i dorożkę, która dziś stanowi już dla mieszkańców relikt przeszłości.

Tyle o historii. Przejdźmy teraz do życia w naszym osiedlu Rudawka, gdzie mieszka pani już nie w domu rodziców, ale w wygodnym dwupokojowym mieszkaniu w bloku, w którym zauważam, oprócz niezwykłego porządku, element nowoczesności jeszcze nieczęsto spotykany u seniorów: komputer. Zaskoczyła mnie pani. Jak pani idzie z obsługa tego sprzętu?

W porządku, byłam na kursie, opanowałam podstawową wiedzę. Rano często siadam przy komputerze, aby przejrzeć wiadomości. Mam dzięki niemu łatwy kontakt ze znajomymi, a zwłaszcza z bliskimi – córka z rodziną mieszka we Wrocławiu. Uważam, że komputer jest bardzo przydatny właśnie seniorom i doradzam, żeby z niego korzystać.

 

Korzysta pani z okolicznych klubów, w których prowadzona jest działalność dla seniorów. Jak pani je ocenia?

Najchętniej chodzę do klubu w Ośrodku Zdrowia przy Elbląskiej. Uważam, że jest świetnie prowadzony przez panią Renatę Wrzosek. Atmosfera ciepła, serdeczna, zajęcia bardzo ciekawe: warsztaty, wykłady, spotkania z ciekawymi ludźmi, występy artystyczne, spotkania wigilijne i wielkanocne. Przychodzi tam dużo ludzi z naszego osiedla, naprawdę warto. Kiedyś często bywałam w Klubie „Niezapominajka” przy Wyspiańskiego prowadzonym przez żoliborski MOPS, ale że ja coraz starsza, a klub dość daleko, to bywam rzadziej. Mamy jeszcze na osiedlu klub „Szafir”. Bywałam tam częstym gościem, kiedy był nasz chór „Szafirki”. Bardzo byłyśmy szczęśliwe, że mamy taki zespół. Przychodziły głównie panie z osiedla Zatrasie i Rudawka, ale także z innych osiedli, np. Sadów Żoliborskich. Niektóre panie miały rzeczywiście piękne głosy, ale wszystkie dawałyśmy radę, dzięki temu, że prowadził ten chór pan Tomczak – bardzo ciepły, serdeczny człowiek i profesjonalista. Bardzo szybko nasz chór stal się znany nie tylko na Rudawce i Zatrasiu, ale też mieliśmy wiele gościnnych występów w różnych ośrodkach. Niestety, z braku pieniędzy na fundusz społeczno-kulturalny, chór rozwiązano. Szkoda. Teraz bywam rzadko w „Szafirze”, chyba na jakichś okolicznościowych imprezach. Uważam, że brak tam zajęć dla seniorów, poza gimnastyką, więcej jest imprez dla dzieci.

 

Czy będąc od 15 lat na emeryturze nigdy się pani nie nudzi?

Nie mam czasu na nudę, zawsze mam co robić. Dzień zaczynam od czytania wiadomości w internecie, lubię też czytać różne kolorowe pisma, czytam też dużo książek. W planie dnia mam zawsze spacer dla zdrowia, tego staram się przestrzegać. Lubię ręczne robótki, a także to co pani widzi, te cudeńka z cekinów. Tego nauczyłam się dzięki mojej sąsiadce, która zabierała mnie na zajęcia do ASP i tam miałam okazję podpatrzeć, jak to się robi. Bardzo mi się spodobało. Praca jest mrówcza, trzeba mieć cierpliwość, ale ja mam, dlatego chętnie to robię. Wygląda to tak, że na styropianowe jajeczko trzeba nałożyć pojedynczo różnokolorowe cekiny, które wpina się miniszpileczką według wcześniej wymyślonego przeze mnie wzoru. Bardzo się cieszę, jak później mogę kogoś obdarować jajeczkiem czy choinką. Muszę też powiedzieć, że chętnie organizuję „babskie” herbatki czy kawki, mam sporo koleżanek, z którymi często się spotykam. Ale mam też dwa dni w tygodniu, które są dla mnie szczególnie ważne. Te dni poświęcam mojej Mamusi, która ma 96 lat, przeszła udar i w tej chwili przebywa w Domu Opieki – środy i niedziele są tylko dla niej. Jak pani widzi, nie brakuje mi zajęć, czasami brakuje czasu. Nie brakowało mi też ciężkich przeżyć: straciłam syna i siostrę, zachorowała Mamusia, ale jakoś zawsze próbowałam się pozbierać i ratowała mnie właśnie aktywność. Znajdowałam zawsze jakieś zajęcia, włączałam się w różne inicjatywy i szłam do przodu.

 

Brawo, tak trzymać. Na koniec zapytam: jakie potrawy przygotowuje pani na Wielkanoc? Czy przyjadą dzieci z Wrocławia?

Czy moje dzieci przyjadą do Warszawy, tego jeszcze nie wiem, ale z pewnością przygotuję biały barszcz z białą kiełbasą, kaczkę z jabłkami, no i koniecznie mazurek z napisem Alleluja, bo tak sobie życzy moja Mama.

 

Wobec tego i ja życzę Wesołego Alleluja.

 

Danuta Wernic

Artykuł ukazał się w numerze 2/2019 „Życia WSM”