W duchu sąsiedzkiej wspólnoty – patronat „Życia WSM”

To co minęło – WSM, jaki pamiętam

Moja rodzina wprowadziła się na Żoliborz do WSM w latach trzydziestych XX wieku. Zamieszkała na VIII kolonii. Tu na wsm-owskim Żoliborzu rozwijał się ruch spółdzielczy, wszelkie formy pomocy wzajemnej, aktywności kulturalnej i sportowej. Ciocia Krysia i jej mąż aktywnie w tym uczestniczyli.

02532

 

Drukujemy ostatnią wyróżnioną pracę w konkursie „W duchu sąsiedzkiej wspólnoty”. „Życie WSM” było patronem medialnym konkursu. Wszystkie opublikowane wspomnienia cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem. Dlatego apelujemy do Czytelników: jeśli znają Państwo osoby ze swojego osiedla, które mają do opowiedzenia ciekawą historię, prosimy o sygnał. Może będą mogli sami coś napisać, a jeśli zdrowie już nie pozwala, to z przyjemnością udamy się do nich, wysłuchamy i spiszemy ich wspomnienia.

Mieszkanie duże, słoneczne, z łazienką. Z bramy wychodziło się wprost na działki. Mieli dwie działki, dzięki temu w czasie okupacji na stole bywał szczypiorek, cebula, ziemniaki i… świeże kwiaty. Mama opowiada, że najtrudniej było w czasie powstania (miała niecałe 12 lat). Życie przeniosło się do piwnic. Był głód. Brak wody; wyjście po wodę było niebezpieczne. Wszystkie kobiety z mojej rodziny przeżyły – mężczyźni zginęli w obozie koncentracyjnym.

Już 19 stycznia 1945 roku mama i ciocia Krysia wróciły piechotą do Warszawy, na Żoliborz. Mieszkanie było całkowicie zrujnowane – tej części budynku nie odbudowano. Dostały lokum na IV kolonii – Krasińskiego 18, też zrujnowane, ale nadawało się do zamieszkania. Szczęśliwie przeżył przedwojenny dozorca, który znał lokatorów. To musiało być niesamowite uczucie, gdy dawni mieszkańcy zaczynali wracać.

Urodziłam się „na czwórce”. Znaliśmy sąsiadów i oni nas znali. Pod opieką, parę lat starszej Ewy z II piętra, chodziłam na sanki na plac Lelewela i na małe górki, tam gdzie jest teraz szkoła przy ulicy Filareckiej. Autobusy kończyły swoja trasę na placu Wilsona, wówczas Komuny Paryskiej. Z babcią-ciocią chodziłam na targ, który znajdował się na tyłach dzisiejszego kina Wisła – przy Tucholskiej. Nabiał i mięso przynosiła do domu kobieta ze wsi. Zamówione towary przynosiła w koszach, pozawijane w białe szmatki, Przynosiła ser, masło, mięso. Po mleko wychodziłam rano z kanką na Próchnika, chłop przywoził mleko furmanką. Gdy się odstało, można było zbierać śmietanę. Później mleko przynoszono w butelkach pod drzwi.

Pewnego dnia, miałam może siedem, osiem lat, na podwórku podeszła do mnie panienka – dziś dziewczyna – i powiedziała, że muszę być bardzo dobra dla mojej cioci, bo ona uratowała jej życie. Dowiedziałam się, że urodziła się w czasie powstania, mama nie miała pokarmu, a mleka przecież też nie było. Od śmierci głodowej uratowały ją suchary, które ciocia rozcierała z wodą i dawała noworodkowi do ssania. Ciocia zapytana o to, machnęła tylko ręką, „a, to pewnie ta….., tu padło nazwisko, którego nie zapamiętałam, to nic takiego”. Pewnie nigdy nie dowiedziałaby się o tym epizodzie, gdyby ta panienka nie podeszła, aby zwrócić uwagę zapewne niesfornemu dziecku. Centrum zabaw było podwórko z piaskownicą, drabinkami. Był też dom kultury na Próchnika, chodziliśmy tam na zajęcia – ja na plastykę i gimnastykę artystyczną, było gwarno, można było znaleźć zajęcia odpowiednie dla siebie. Z biblioteki i czytelni naukowej korzystałam jeszcze w czasie studiów.

Na „czwórce” poza dozorcą, który był „przedwojenny”, był jeszcze lekarz rodzinny – prawdziwie rodzinny – leczył moją babcię i mnie, i młodszego brata. Był też listonosz, niestety nie pamiętam nazwiska. Widzę wciąż jego sylwetkę, siwe włosy, dość wysoki, lekko przygarbiony, z wypchaną skórzaną torbą. Znał wszystkich w swoim rewirze. Szczególne było to, że dostarczył mojej mamie list zaadresowany na jej dawny adres i na jej panieńskie nazwisko. Wspominamy go z uznaniem i rozrzewnieniem, to minęło bezpowrotnie.

Na Sady Żoliborskie wprowadziłyśmy się w 1964 roku. Było to świetne miejsce, mieszkanie choć małe, to słoneczne, z balkonem. Wśród mieszkańców i mieszkanek naszego bloku było wiele osób znajomych mojej rodziny, nawet jeszcze sprzed wojny. My dzieci szybko się poznawaliśmy  na spacerach z psami, przesiadując na karuzeli, czy huśtawkach. W moim bloku na dziesiątym piętrze znajdował się klub. Jeszcze dziś z „ostańcami” – koleżankami, które mieszkają tu od początku, wspominamy to kultowe miejsce. Można tam było wpaść na herbatę, porozmawiać w większym towarzystwie, posłuchać muzyki. W małych mieszkaniach trudno było prowadzić życie towarzyskie. Organizowano tam spotkania, wystawy, chyba jakieś występy. Aktywni byli brydżyści, spotykali się również w innych klubach – chyba były jeszcze dwa na osiedlu Sady. Tak dorastałam, znałam sąsiadów z nazwiska, czułam się bezpiecznie. Wejście do budynku (wówczas tylko od strony podwórka) było zamykane o 22. Gospodarz pan Krywionek otwierał spóźnionym – najpierw wyglądał przez okienko, żeby sprawdzić, kto wchodzi.

W lecie 1975 roku, gdy wracałam do domu ze spaceru z półrocznym synkiem, podeszła do mnie jakaś kobieta i zapytała, czy wiem, że na moim piętrze mieszka starsza pani potrzebująca pomocy. Zastukałam do drzwi naprzeciwko – tą starszą panią okazała się Zofia Woźna, rzeźbiarka. I tak zaczęła się nasza bliska znajomość. To była wspaniała, niezwykle świadoma siebie kobieta, urodzona jeszcze w XIX wieku; musiała włożyć wiele trudu, by studiować sztuki piękne – pierwsze kobiety zostały przyjęte do prywatnej szkoły w 1904, a w Wiedniu w 1920 roku. To jednak temat na większe opowiadanie.

W naszym domu nie ma już listy lokatorów, większość mieszkań jest wynajmowana. Mijamy się na korytarzu lub w windzie. Moi sąsiedzi, choć anonimowi, kłaniają się, czasem ja im się kłaniam i zaczynam rozmowę. Może w nowym nieznanym miejscu też czują się samotni w półmroku długiego korytarza? 

Mój syn spotyka kolegów z podwórka, którzy tak jak on przywiązani do Sadów (świetna lokalizacja) i „działek” – parku osiedlowego – pozostali w pobliżu. Nie ma już podwórka, to pojęcie i wszystko, co jest z nim związane, zanikło – jest plac zabaw.

Małgorzata Ks.

Artykuł ukazał się w numerze 3/2019 „Życia WSM”