Czy warto ograniczyć koszenie trawników?

Zarząd Zieleni m.st. Warszawy, odpowiedzialny za utrzymanie zieleni żoliborskiej na głównych ulicach oraz w dwóch parkach, już zdecydował się na istotną zmianę sposobu „prowadzenia” zieleni. Przeszedł z intensywnego na pielęgnowanie w sposób ekstensywny, czyli np. mniej koszenia trawy. Dlaczego tak? O tym poniżej.

image003

Ogrodnik Żoliborza Tomasz Niewczas, jako inspektor wdraża stopniowo swoje projekty, zachęcając do odejścia od myślenia o supremacji człowieka nad otoczeniem na rzecz pokory względem naturalnych procesów przyrodniczych, które jednak powinno się preferować dla nas samych. Takie zjawiska jak swobodniejszy obieg wody i materii organicznej, czyli np. drzewo pobiera substancje z ziemi, rośnie wbudowując je w swoje tkanki, potem umiera, następuje rozkład i materia wraca do gleby. Podczas wywozu trawy i ściętych drzew materia nie wraca do gleby, przez co ta jest coraz mniej żyzna, a kolejne rośliny nie mają, z czego czerpać do budowy swoich struktur. Co zatem robimy? Sztucznie je nawozimy, tracąc środki i czas. Ważna jest też ciągłość korytarzy ekologicznych,   złożoności relacji międzygatunkowych choćby nierozerwalne współistnienie rośłin, grzybów i mikrofauny glebowej, naturalna sukcesja roślin i zwierząt. Drzewa owocują, z nasion rosną młode, których nie wycinamy, tylko pozwalamy rosnąć dalej, a wraz z roślinami podążają zwierzęta, owady a za nimi ptaki i ssaki, co służy też nam w zrównoważonym rozwoju.

Co to ma oznaczać? Ku naszemu niemałemu zdziwieniu, jako „obserwatorów”, powstają widoczne tereny zieleni zarośnięte łąkami i wysoką trawą, obszary, na których całą zimę lub niemal cały rok leżą opadłe liście. Widoczne są tam coraz częściej zostawione w terenie kłody po ściętych lub przewróconych drzewach, zostawiane w formie stert lub „warkoczy” gałęzie i chrust. Zakładane są łąki kwietne w miejscu dotychczasowych trawników. Wszystko to dla nas i z myślą o nas.

Jaki charakter mają mieć te z pozoru „dziwne” działania? Siedliskotwórczy – stanowiąc miejsca schronień, rozrodu i żerowania dla wielu organizmów (w martwych kłodach żerują larwy chrząszczy, które to z kolei są zjadane np. przez dzięcioły – Aleja Wojska Polskiego, w warkoczach z chrustu). W Parku Żeromskiego zimowały jeże, które też można spotkać na terenach spółdzielczych, w niegrabionych fragmentach pod murem w Parku Fosa zimują traszki i ropuchy. Te wszystkie działania wprowadzane są przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy na dość dużą skalę pokazując, że można, i że warto. A co więcej, spotyka się to w większości z pozytywną reakcją mieszkańców miasta. Kolejnym krokiem jest chęć dotarcia do nas spółdzielców, administratorów i gospodarzy budynków oraz naszej ekologicznej świadomości. W obrębie większych lub mniejszych spółdzielczych nieruchomości byłoby dobrze wprowadzić analogiczne ekstensywne zmiany.

Odpowiednie zaplanowanie działań przyrodniczych ma także swoje pozytywne konsekwencje finansowe. Wystarczy choćby przeliczyć, ile kosztuje koszenie trawników 5-7 razy w sezonie, a ile np. tylko raz. Pamiętać należy oczywiście, że zmiany należy wprowadzać stopniowo, a wszystkie tereny „przyrodnicze” powinny być odpowiednio zaprojektowane np. skoszone 1-1,5 m trawnika przy każdym ciągu komunikacyjnym i objęte jednak systematycznym sprzątaniem.

W skali ogólnej bioróżnorodność otaczającego nas świata ma zasadnicze znaczenie dla nas samych. Im bardziej zróżnicowany ekosystem, także nasz miejski, im więcej gatunków roślin, zwierząt, grzybów nas otacza, tym mniej jesteśmy podatni na destabilizację klimatu, mniej cierpimy na skutek bardzo wysokich lub niskich temperatur, ulewnych deszczy, zapylenia czy huraganów. Nasze estetyczne przyzwyczajenia nabyte w ciągu minionych dekad (jeśli nie wieków?), oznaczających się przecież skoszonymi i wygrabionymi trawnikami, przyciętymi krzewami i drzewami, sadzonymi sezonowymi kwiatami, doprowadzają do (ku zaskoczeniu) sterylizacji środowiska naturalnego. W skutek czego coraz częściej niestety docierają do nas doniesienia naukowców prognozujących wymieranie płazów, wreszcie owadów jako niezbędnych dla naszego życia, np. pszczół, o czym zdajemy się zapominać lub pomijać w natłoku problemów codziennego życia.

Mamy jednak sami szansę zrobić cokolwiek dla przyrody, a tym samym dla nas samych i kolejnych pokoleń. Czy jako spółdzielcy jesteśmy już na to gotowi? Mamy przecież kontrolę nad znacznymi powierzchniami zieleni i to w naszych rękach spoczywa odpowiedzialność za życie przyrodnicze tych terenów. Może rozpocznijmy też takie działania, zaczynając od choćby maleńkiego kawałka trawy i kupki chrustu.

 

Adam Kalinowski

Artykuł ukazał się w numerze 3/2019 „Życia WSM”