Kiedy się mniej wtrącamy, przyroda odżywa

– W spółdzielniach dominuje konserwatywne myślenie o zieleni. Skosić równo wszystko, bo tak jest szybciej i taniej. A wystarczy zaplanować działania, by nawet przy niewielkim budżecie osiągnąć spektakularne efekty – mówi Tomasz Niewczas, architekt krajobrazu, prowadzący stronę „ZielonyŻoliborz”.

109789412 333777327631404 7086210293461711407 n

Bartłomiej Pograniczny: Żoliborski ogrodnik, dla wielu osób lokalny autorytet w sprawach zieleni. Na czym dokładnie polega twoja praca?

Tomasz Niewczas: Z wykształcenia jestem architektem krajobrazu. Kilka lat temu zacząłem prowadzić profil facebookowy „ZielonyŻoliborz”. Unikam polityki, bo uważam, że upolitycznienie zieleni nikomu nie służy. Staram się prowadzić dialog, z cierpliwością tłumaczyć, dlaczego w danej sprawie trzeba się zachować tak, a nie inaczej. Zapracowałem sobie na status osoby, której się ufa. Dzięki temu możemy się wzajemnie uczyć i robić coraz potrzebniejsze przyrodniczo rzeczy.

Jak wygląda zarządzanie zielenią w mieście?

Są administratorzy zieleni publicznej, np. Zarząd Zieleni albo Wydział Ochrony Środowiska, oraz administratorzy zieleni niepublicznej, czyli spółdzielnie i wspólnoty lub osoby prywatne. Są to podmioty od siebie niezależne, to znaczy, że administracja publiczna nie może nakazać osobie prywatnej żadnych działań. Warto jednak spojrzeć na to, jak do zieleni podchodzi Miasto. Opracowywane są standardy, myśli się o tym, co jest lepsze, analizuje różne układy, eksperymentuje, żeby wypracować systemowe rozwiązania rozsądne przyrodniczo. Reszta terenów może z tego korzystać, aczkolwiek, czy korzysta to już zupełnie inny temat.

Gdy szedłem na spotkanie, to zauważyłem, że wzdłuż alei Wojska Polskiego jest nisko ścięty trawnik. Tutaj, w parku Fosa, trawnik nie jest skoszony. Czy to wynika z różnych wizji, z terminów koszenia?

Z kilku czynników. Trawa rośnie, w związku z czym przy zarządzaniu zielenią jesteśmy w trybie dynamicznym, co chwila coś się zmienia. Coś się kończy i właściwie trzeba zaczynać od nowa, bo nawet jak przeprowadzi się prace pielęgnacyjne jakichś drzew, to za rok może być tak, że trzeba je wykonać od nowa.

Trawa rośnie, więc pojawia się pytanie, kiedy ją skosić. To, że trawa jest skoszona w jednym miejscu, ale w drugim jeszcze nie, może wynikać na przykład z tego, że kosiarze byli tam wcześniej i trawa już zdążyła odrosnąć. Nie można po prostu skosić wszystkiego na raz, bo nie ma takich możliwości przerobowych. Druga sprawa to pogoda. Jeśli jest dużo wody, a trawa lubi taki stan, to trawa rośnie szybciej i można pokusić się o jej częstsze koszenie. Jeśli jest mało wody, a w ostatnich latach w Polsce jest mało wody, to wtedy naturalną reakcją jest ograniczenie koszenia.

Kolejnym czynnikiem są sprawy estetyczne. W niektórych miejscach wysoka trawa, pełna chwastów, jest po prostu nieakceptowalna, a w innych pasuje doskonale. W niektórych miejscach powinna być wysoka, a w niektórych niska, w niektórych jest to obojętne. Ostatnim aspektem jest podejście do życia, do bioróżnorodności. Z tym mamy od lat problem na całym świecie. Tam, gdzie mniej się ingeruje, jest więcej życia. To zasada, której bardzo wiele osób nie jest w stanie zaakceptować. Naturze jest lepiej bez nas. Im się mniej wtrącamy, tym jest ona w lepszej kondycji.

To gdzie w takim razie należy kosić, a gdzie nie?

W większości częste koszenie trawników jest zbędne. Koszenie raz, dwa razy w roku powoduje, że utrzymujemy tereny w formie zbliżonej do trawnika, ale nie dopuszczamy do rozrośnięcia się drzew i krzewów.

Tak zwane „niekoszone trawniki” są zazwyczaj koszone właśnie raz w roku. Bardzo niewiele jest takich miejsc, które faktycznie są zupełnie pozostawione bez żadnej ingerencji, ale tam linia jest taka, że te miejsca celowo mają być doprowadzone do zapuszczenia.

Jesteśmy w mieście, superdynamicznym organizmie, w którym mieszka prawie dwa miliony osób. Każda ma inne poglądy, różne oczekiwania. Takie zero-jedynkowe traktowanie trawników jest niemożliwe. Najrozsądniejszy z każdego punktu widzenia jest model mozaikowy. W wielu miejscach można zobaczyć, że trawniki są koszone przy ulicach i przy chodnikach. Wykaszane są pasy trawy, które sprawiają, że na przykład przy ulicy jest zachowana widoczność. Dalej od nawierzchni czy chodników zostawiana jest wyższa trawa. Na pewno powinny być koszone otoczenia pomników, rabat kwiatowych, jakichś elementów, które są bardzo reprezentacyjne. Oczywiście to zależy od sytuacji. Jeśli byłaby susza, która trwałaby rok i kropla wody by nie spadła, to koszenie byłoby inne niż w okresie mokrym.

W niektórych miejscach możemy zobaczyć, i to nie tylko na Żoliborzu, że trawa zostaje ścięta do wysokości paru centymetrów, a następnego dnia jest już ściernisko. Czy da się przewidzieć, że w danym miejscu trawa nie wytrzyma przy zbyt niskim skoszeniu?

W wysokiej trawie jest dłużej utrzymywana woda. Działa to trochę jak gąbka. Parująca z gleby woda osadza się na źdźbłach wyżej, nie ulatuje do atmosfery, tylko jest skraplana. Taki mikroobieg wody jest dużo efektywniejszy – trawa nie wysycha. Ale na pytanie, gdzie kosić, a gdzie nie, odpowiedź brzmi: to zależy. Ważne są doświadczenia gospodarza terenu. Jesteśmy teraz w parku i na pewno ktoś, kto się nim zajmuje, wie, że dany trawnik wytrzyma trochę dłużej krótki, a inny szybciej wyschnie, z kolei w innym miejscu wiadomo od lat, że jak się skosi do ziemi, to później będzie pylić. To są bardzo indywidualne decyzje dla każdego miejsca. Na pewno można poeksperymentować.

Na terenach spółdzielni i wspólnot w kwestii zieleni króluje jednak myślenie konserwatywne. Skosić kosiarką wszystko, bo tak jest szybciej, wygodniej, a pewnie i taniej. To potem pokutuje. Pierwszą rzeczą, którą można zmienić, to np. ustawienie wyżej noży kosiarek. Zamiast kosić na trzy centymetry, można kosić na dziesięć centymetrów. To już jest bardzo duża zmiana. Oczywiście trawa odrośnie szybciej, ale mamy czas, żeby ją obserwować. W jednym z eksperymentów zdecydowałem, że pierwsze koszenie w terenie będzie ustawione na najwyższą wysokość noży, którą można uzyskać na sprzęcie. Potem się okazało, że w danym miejscu było to jednak trochę za wysoko. To jest sprawa jakiegoś doświadczenia, niezbyt trudnego do uzyskania. Różne decyzje można łatwo korygować na przestrzeni dwóch miesięcy. Później są kolejne eksperymenty. Można nie skosić fragmentu trawnika. Zobaczymy, że nic złego się nie stanie. Potem można nie skosić więcej. W przypadku zgłoszeń, że komuś faktycznie przeszkadza dane miejsce, to wtedy można częściej wyjść z kosiarką.

Rozumiem, że w każdym osiedlu, czy to spółdzielni czy wspólnoty, należałoby stworzyć plan – rozpisać sobie trawniki, drzewa, potem zapisywać refleksje co do danego obszaru i wyciągać wnioski.

Właśnie na tym polega gospodarka zielenią. Plan to podstawowy dokument, bez którego nie da się kontrolować, co się dzieje. Trudno jest zarządzać zielenią, jeśli nie wie się, czym można zarządzać. Tak samo w przypadku drzew. Czasami ludzie mnie pytają, czy na danym terenie można posadzić więcej drzew. Są zdziwieni, że zamiast sadzić, najpierw proponuję, by zmierzyć, to co jest. Ile jest drzew, jakich, jakiej są wielkości, gdzie dokładnie są. Później trzeba zobaczyć, w jakiej te drzewa są kondycji. Zacząć decydować, które trzeba usuwać, które trzeba wzmacniać, jaką pracę trzeba wykonać. To samo można przełożyć na płaskie powierzchnie – na trawniki, na krzewy. Trzeba zaznaczyć, gdzie ludzie chodzą, gdzie lubią siedzieć na kocach, gdzie wyprowadzają psy, a gdzie nie dzieje się nic. Jest to podstawa do podejmowania dalszych decyzji, na przykład o ograniczeniu koszenia. Bo tam, gdzie się nic nie dzieje, to czemu nie pozwolić przyrodzie rosnąć intensywniej?

Jak oceniasz gospodarkę zielenią na terenach WSM?

Obserwuję je trochę z boku. W tych terenach jest duży potencjał, w skali dzielnicy to wielkie powierzchnie. Wydaje mi się, że zieleń jest traktowana po macoszemu. Mając takie tereny, możliwości i jednak budżet, warto by było, żeby każde osiedle miało na etacie ogrodnika. Chodzi o zatrudnienie osoby, która się zna, nie jest z zewnątrz, która miałaby dodatkowo możliwość dysponowania jakimś małym budżetem. To wprowadziłoby gigantyczną zmianę w jakości całej zieleni. Te osoby znałyby teren, mogłyby podejmować odpowiednie decyzje. Na pewno przydałoby się kompleksowe spojrzenie pod kątem wartości historycznej, konserwatorskiej. Osiedla WSM mają przebogatą historię i dorobek myśli architektonicznej, także w zakresie zieleni. Dobrze by było znowu móc ją wyeksponować. Myślę, że wielu mieszkańców byłoby skłonnych zapłacić miesięcznie dwa złote więcej, wiedząc że jakość zieleni zasadniczo wzrośnie.

Codziennie uświadamiasz innych, dlaczego na Żoliborzu podejmowane są różne decyzje w sprawie zieleni. Jak administracje WSM powinny przekazywać tę wiedzę, by mieszkańcy rozumieli, w jaki sposób dana decyzja wpłynie na ich otoczenie?

Obserwując reakcje na moje wpisy na Facebooku, wydaje mi się, że po prostu często się nie rozumiemy. Powiedzenie, dlaczego tak, a nie inaczej, rozwiązuje większość kwestii spornych. Tak samo transparentność – to jest bardzo ważne. Nie pozwoliłem sobie nigdy na jakąś nieprawdę albo zatajenie czegoś. Jak ktoś mnie pyta, to po prostu mówię, jak jest. To buduje relacje, zaufanie. Ludzie nie są źli czy głupi, nie są złośliwi, tylko często po prostu nie wiedzą. Jak ktoś pyta i nie dostaje żadnej odpowiedzi, to jest to zwyczajnie frustrujące, nie pomaga, a jeszcze podminowuje relacje.

Nawet przy małym budżecie można robić bardzo duże zmiany, tylko trzeba je uargumentować i wyjaśnić. Zmiany utrzymania zieleni, promujące przyrodę, nie wymagają praktycznie żadnego dodatkowego budżetu. Istotna jest jednak komunikacja. Jeśli ktoś chciałby wprowadzać takie zmiany – np. zostawianie niezgrabionych liści – bez zapowiedzi, bez przygotowania, to na pewno będzie to trudniejsze.

Na jak długo należy rozpisać taki plan gospodarowania zielenią, żebyśmy po jakimś czasie rzeczywiście mogli zauważyć poprawę?

Przy ciągłej zmienności przyrody perspektywa trzyletnia to maksimum. Oczywiście dobrze jest mieć na horyzoncie jakieś większe cele, np. odtworzenie alei czy zwiększenie możliwości retencjonowania wody. Natomiast, jeśli chodzi o rozpisanie dokładnych zabiegów, to planowanie powyżej 3- 5 lat może spowodować brak realności takiego planu. Zbyt wiele może się zmienić w trakcie. Planować jednak trzeba. Znając dokładne wyzwania i potrzeby, Rada Osiedla odpowiednio wcześnie może zdecydować o przesunięciu środków na zieleń. Planowanie pozwala także modyfikować sposoby utrzymania zieleni przy zachowaniu tego samego budżetu, np. podczas koszenia. Można skosić połowę powierzchni, a jakiś czas później skosić tę samą połowę jeszcze raz. Czyli dla wykonawców będzie to ten sam zakres i taki sam zarobek. Części koszone będą zawsze skoszone, części niekoszone będą zawsze nieskoszone, a tylko częstotliwości się zmienią. Finansowo nikt nie traci, a zmiana jest bardzo duża, bo połowa trawników jest wyjęta z koszenia.

Jak wygląda procedura zarządzania wycinką drzew i nasadzeniami?

Procedura wygląda wszędzie podobnie. Ktoś, kto jest administratorem terenu ocenia, że dane drzewo jest niebezpieczne. Zwraca się do organu z wnioskiem o usunięcie drzewa. Następuje weryfikacja i decyzja, która określa, czy takie drzewo może być usunięte czy nie i określa warunki. Najczęściej warunkiem jest nasadzenie zastępcze. Nigdzie nie ma tak, że ktoś sam może sobie o tym zdecydować. Zawsze jest to proces weryfikowalny.

Ostatnio toczyła się duża dyskusja na temat alei Wojska Polskiego i przeprowadzanej tam wycinki. Nie wszyscy podeszli do sprawy ze zrozumieniem.

Drzewa na Żoliborzu mają swoje lata, wymagają wiele pracy. Cały drzewostan alei Wojska Polskiego jest w złym stanie, młode nasadzenia rosną, a wiele starych nadaje się do wymiany. Pierwszy etap wycinki jest za nami. Osoby odpowiedzialne za ten proces zadbały o odpowiednią komunikację. Nie tylko na Facebooku. Były spacery, powołano niezależnych ekspertów, na miejscu odbyło się posiedzenie dzielnicowej komisji ochrony środowiska. Mam wrażenie, że wszystko zostało wyjaśnione. Głosy sprzeciwu faktycznie były, ale sprowadzały się raczej do tego, że szkoda, a nie że źli urzędnicy tną drzewa – i to jest sytuacja zdrowa.

Mówiłeś też o retencji wody. Co spółdzielnie i wspólnoty mogą w tym zakresie zrobić?

Jedna rzecz to naturalne działania, zbliżające nas do warunków leśnych. W lesie jest zazwyczaj wilgotno, dzięki krzewom czy opadłym liściom. Im bardziej będziemy iść w kierunku takiej imitacji lasu, tym więcej wody będziemy mieli. W skali mikro można nie kosić, ograniczyć grabienie, zacząć kompostować liście. Druga rzecz to sprawa inwestycji. Można by pokusić się o wykopanie niecek retencyjnych, w których będzie gromadzić się deszczówka. To są w gruncie rzeczy proste prace inżynieryjne. Miasto ma specjalny program dofinansowania na zbiorniki retencyjne, do którego mogą się zgłosić również spółdzielnie. Ostatnio na Bielanach były montowane zbiorniki na deszczówkę podłączane do rynien.

Kolejna kwestia budząca co roku spory, to dmuchawy do liści. Jak oceniasz korzystanie z tego sprzętu?

W wielu miejscach jest to absolutnie zbędne. Gospodarze zapomnieli, do czego służy miotła, używają tych dmuchaw, smrodząc, hałasując i nie uzyskując żadnego efektu. Czasem dmuchawy są jednak uzasadnione, na przykład przy koszeniu i grabieniu liści przy ulicach. Jeśli popatrzymy na Wisłostradę, to czas, jaki spędzi pracownik na środku pasa drogowego trzypasmówki z dmuchawą jest dużo mniejszy niż gdyby pracę miał wykonać miotłą i grabiami. To się bezpośrednio przekłada na bezpieczeństwo. Jednak większość przypadków używania tych dmuchaw jest po prostu nieuzasadniona. Te prace powinny być wykonywane ręcznie.

Dmuchawy mają sens tylko wtedy, gdy w grę wchodzi bezpieczeństwo pracownika lub specyfika terenu szczególnie utrudnia zamiatanie. Nie ma powodu, by używać dmuchaw wewnątrz osiedli. To po prostu wygodnictwo.

Rozmawiał
Bartłomiej Pograniczny

Wywiad ukazał się w numerze 3/2020 Życia WSM