Pamięci rozstrzelanych kobiet

25 września na Osiedlu WSM Rudawka została uroczyście odsłonięta tablica poświęcona siedmiu mieszkankom Powązek, rozstrzelanym przez Niemców w trakcie Powstania Warszawskiego.

120189532 10164072070560291 2294696753583417932 o

Tablicę umieszczono na elewacji budynku administracji przy ul. Dolnośląskiej 3 (dawna ul. Czartoryskich). Upamiętnia kobiety wysiedlone ze swoich domów, które przyszły ratować resztki pozostawionego dobytku. Hitlerowscy najeźdźcy na to nie pozwolili i rozstrzelali je. Wydarzenie miało miejsce 76 lat temu u schyłku Powstania Warszawskiego, 26 września 1944 roku.

Tablica została ufundowana z inicjatywy mieszkańców Żoliborza. W tej sprawie z interpelacją wystąpiła radna dzielnicy Żoliborz Joanna Tucholska, a temat nagłośnili w prasie oraz internecie Przemysław Burkiewicz, dziennikarz „Faktu” (praprawnuk jednej z pomordowanych ofiar, śp. Stefanii Chorosz), oraz Liliana Kołłątaj z „Gazety Żoliborskiej”. Inicjatywę pozytywnie zaopiniował Instytut Pamięci Narodowej (Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Biuro Upamiętnienia Walk i Męczeństwa).

Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa wspierała całą akcję jako właścicielka nieruchomości, na której umieszczono tablicę, a także terenów, na których mieszkały kobiety. Gotowy projekt został przekazany do realizacji przez burmistrza dzielnicy Żoliborz.

Z powodu panującej pandemii i co za tym idzie przepisów ograniczających zgromadzenia, odsłonięcie tablicy odbyło się w stosunkowo małym gronie, z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, za to bardzo uroczyście. Co więcej, zgodnie z założonym wcześniej terminem, czyli przed 26 września. Wszystkim inicjatorom i realizatorom należą się duże uznanie i podziękowania.

W uroczystości wzięli udział między innymi burmistrz dzielnicy Żoliborz Paweł Michalec wraz ze swoją zastępczynią, Agatą Marciniak-Różak i radną Rady Dzielnicy Żoliborz Joanną Tucholską. Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową reprezentowali prezes Barbara Różewska, przewodnicząca Rady Nadzorczej Zofia Paderewska oraz redaktor naczelna „Życia WSM” Danuta Wernic.

Większość uczestników uroczystości stanowili członkowie rodzin pomordowanych mieszkanek Powązek.

Aktu odsłonięcia dokonali wspólnie: burmistrz Paweł Michalec, radna Joanna Tucholska, prezes Barbara Różewska, a ze strony rodzin pomordowanych Przemysław Burkiewicz.

Po przecięciu wstęgi zgromadzonym ukazał się pełny tekst zamieszczony na tablicy:

W TYM MIEJSCU

NA DAWNEJ UL. CZARTORYSKICH

26 WRZEŚNIA 1944 ROKU

U SCHYŁKU POWSTANIA

WARSZAWSKIEGO

ZOSTAŁY ZAMORDOWANE

PRZEZ NIEMCÓW

NIEWINNE MIESZKANKI POWĄZEK

ANIELA BRZDĄKIEWICZ LAT 41

HENRYKA BRZDĄKIEWICZ LAT 37

STEFANIA CHOROSZ LAT 47

MICHALINA ELBE LAT 35

WANDA FELICJA ELBE LAT 39

JANINA MATUSZEWSKA LAT 45

LONGINA

MATUSZEWSKA-OLSZEWSKA LAT 19

 

CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!

 

Przemówienia miały zwięzły charakter. Pan Przemysław Burkiewicz, jako wprowadzenie, przedstawił dzieje inicjatywy, w wyniku której doszło do uroczystości na osiedlu Rudawka. Burmistrz Paweł Michalec nawiązał do bolesnej refleksji, jaką budzi okupacja i Powstanie Warszawskie oraz wydarzenia, które były tego owocem.

Wspieraliśmy inicjatywę i cieszymy się, że na ścianie budynku administracji zawisła pamiątkowa tablica. Prezes Różewska podkreśliła wagę zachowywania pamięci: „Niech ta wartość, jaką jest pamięć o zamordowanych, trwa. Będziemy o to dbać!”.

Na koniec zabrała głos radna Joanna Tucholska. Przekazała, w postaci hasła, swoje przemyślenia na temat kobiet, kobiet-bohaterek czasów wojny, których wiele w tamtym czasie zginęło. Następnie złożono kwiaty i wieńce. Na tym zakończyła się część oficjalna.

Warto dodać, że tablica umieszczona została na „szlaku żoliborskich tradycji”.

 

Tragiczne wspomnienia rodzin

Uroczystość była jednocześnie spotkaniem rodzinnym i sąsiedzkim, międzypokoleniowym. Na przykład z rodziny państwa Elbów, których krewne zginęły, przybyło dziesięć osób. Każda z rodzin przypomniała swoje drzewo genealogiczne i nieodżałowaną stratę związaną z brakiem jednej gałęzi, utraconej w sposób tak okrutny. I tak przykładowo w rodzinie Matuszewskich było pięcioro rodzeństwa – trzech synów i dwie siostry. Zginęła jedna z sióstr, Longina, oraz kuzynka.

Rodziny spróbowały przywołać tamten straszny czas, gdy obok trwało Powstanie Warszawskie, a one wysiedlone ze swoich domostw próbowały coś ocalić z dobytku, który pozostał na terenie zajętym przez Niemców. Wysiedlenia, według ich wspomnień, miały miejsce już na wiosnę. Wtedy to spalono żywcem jedną z prababć. Podczas okupacji w budynku szkoły przy ulicy Elbląskiej stacjonowała jednostka niemieckich saperów, setki „ostlegionistów” w Forcie Bema i esesmańskie warty w Instytucie Chemii Przemysłowej. W czasie Powstania Warszawskiego, po nieudanym ataku na baterie niemieckie na Burakowie, wysiedlono i podpalono większość zabudowań Powązek. Mieszkańcy zdążyli jednak co cenniejsze rzeczy zakopać na terenie swoich posesji z nadzieją, że jeszcze wrócą. Nie inaczej było z upamiętnionymi na tablicy kobietami. Jeden z członków rodzin przypomniał, że to nie była ich pierwsza wyprawa po swój dobytek. Już poprzednio otrzymały pozwolenie niemieckiego komendanta na zabranie ze swoich domów tego, co potrzeba. Z wyprawy tej szczęśliwie wróciły. Tak więc nie była to lekkomyślna akcja, ale kolejne przemyślane przedsięwzięcie. Skoro dostały pozwolenie, mogły czuć się w jakiś sposób zabezpieczone.

Tego krytycznego dnia, 26 września, wyruszyło prawdopodobnie więcej kobiet. Była wśród nich mama mieszkanki Rudawki, pani Danuty Pierścińskiej, ze swym dzieckiem zawiniętym w chustę. W pewnym momencie podszedł Niemiec, odchylił chustę, zobaczył dziecko, i wycofał mamę, oddzielajc od grupy. Dziki temu przeya.

 

Odkrycie zbrodni

„Powstanie upadło, Niemcy wycofali się z Warszawy. Nadeszła wiosna” – snuli wspomnienia członkowie rodzin pomordowanych. Wśród nich mająca dziś 94 lata Danuta Sakowicz, która była naocznym świadkiem kolejnego zdarzenia. Według opowieści rodzinnych jeden z sąsiadów zbierał trawę dla świń. Wśród kęp natrafił na wystający z ziemi elegancki pantofelek. Wiedział, że takie pantofelki nosiła zamożna pani Elbowa – powiadomił więc jej męża. W tym miejscu następuje moment drastyczny. Odkopano ciało pani Elbe, a wraz z nim ciała pozostałych kobiet.

Inna wersja tej historii została opisana w książce Mieczysława Jasińskiego „Powązki moja miłość”. Zamieszczono tam wspomnienia Krystyny Fogiel: „Biegałyśmy naprzeciwko budynku Czartoryskich 14, jedna z koleżanek pobiegła w wysokie trawy i zauważyła damski pantofel wysunięty z ziemi. Zawołała nas, w tym czasie wyciągając pantofel, wyciągnęła nogę, zaczęła krzyczeć. (…) Została zawiadomiona milicja i służby sanitarne. W tym czasie jedna z koleżanek pobiegła na ulicę Libawską do Kazimierza Elbego, męża jednej z zaginionych kobiet. Kazimierz Elbe rozpoznał pantofel swojej żony”. Po odkopaniu w grobie znaleziono ciała siedmiu kobiet, które zostały ekshumowane i pogrzebane na Powązkach Wojskowych.

Jest jeszcze trzecia wersja, którą przytaczam za panią Lilianą Kołłątaj, a mianowicie fragmenty zeznania Kazimierza Elbego z Żoliborza z dnia 15 lipca 1949 roku, które spisał magister Norbert Szuman. Elbe wspominał, że wybuch Powstania Warszawskiego zastał go wraz z rodziną w domu przy ul. Libawskiej 4A (obecna Saperska). Mężczyzna przebywał tam aż do dnia, kiedy Niemcy kazali wszystkim opuścić domy i udać się w kierunku Wawrzyszewa. Było to jakieś trzy tygodnie po wybuchu Powstania. Po kilku dniach Elbe udał się z Wawrzyszewa do Łomianek. W drugiej połowie września jego żona Wanda wraz z siostrą Michaliną i jej zamężną córką oraz dwiema innymi kobietami, wyszły razem w kierunku Powązek, aby spróbować coś ocalić. Żadna z nich nie wróciła. W lutym 1945 Elbe wrócił na Powązki do swego spalonego domu. Jak relacjonował dalej, na wiosnę dowiedział się, że jakaś kobieta natknęła się na wystającą z ziemi nogę obutą w pantofelek. Udał się w to miejsce. Wraz innymi osobami odkrył płytko przysypane zwłoki kobiet, a na wierzchu jego żony.

Należy przypuszczać, że poszczególne wersje są do uzgodnienia. Nie są w każdym razie ze sobą sprzeczne. Każdy ze świadków niezależnie odkrywał po cichu tragiczną prawdę, która kryła się za pantofelkiem. W tym rejonie było zapewne niejedno przesiedlenie. Trzeba na to zdarzenie popatrzeć przez pryzmat zbrodni, jaka miała miejsce na Wawrzyszewie 3 września 1944 roku. Zginęło wtedy ponad 30 osób, w tym kobiety i dzieci – w zemście za atak na bielańskie lotnisko podczas Powstania Warszawskiego. W omawianym powyżej przypadku Niemcami także kierowała żądza zemsty i okrucieństwa.

Przy osiedlowej tablicy koniecznie trzeba odczytywać nie raz, nie dwa słowa listu generała von dem Bacha do dowódcy oddziałów AK na Żoliborzu, podpułkownika Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela”, wzywające do poddania się i zawierające propozycję opuszczenia miasta przez ludność cywilną… w imię uczuć humanitarnych. Opisane wyżej wspomnienia dobitnie pokazują, czym był „humanitaryzm hitlerowskich Niemiec”. Tablica ma przypominać o niewinnych Polkach zamordowanych w czasie bezwzględnego terroru niemieckiej okupacji. One chciały po prostu żyć! Musimy o tym pamiętać.

120199164 10164072070630291 5299013280806149992 o

 

Władysław Głowala
Artykuł ukazał się w numerze 4/2020 „Życia WSM”