Od 50 lat bronimy Park Sady Żoliborskie przed zabudową

– Nie mieliśmy pieniędzy na traktory, motyki czy taczki. Wszystko społecznie załatwił nam inżynier Ryszard Błahyj. I tak od września, w każdą sobotę, zajmowaliśmy się porządkowaniem parku. Trzeba było usunąć rozwalone murki, które rozdzielały działki, kłącza roślin. Nie ruszaliśmy tylko drzew owocowych. Ani jedno drzewo nie zostało usunięte – wspomina Barbara Kowalczyk, prezeska Stowarzyszenia Ochrony Parku „Sady Żoliborskie”, laureatka konkursu „Przyjazny Spółdzielni” za 2019 rok.

20210905 144317 

Bartłomiej Pograniczny: Od jak dawna jesteś związana z Żoliborzem?

Barbara Kowalczyk: Od dziecka. Moja rodzina mieszkała przed wojną w wilii na Żoliborzu, odebranej potem dekretem Bieruta. Z kolei wujek z babcią i dwiema siostrami mieszkał przy ul. Marii Kazimiery. W trakcie powstania warszawskiego w ich dom uderzyła bomba. Wujek i ciotki (łączniczki) spłonęli żywcem. Nie dotarli do Kampinosu, gdzie mieli się udać powstańcy z Żoliborza.

Jest też wątek, który łączy się bezpośrednio z terenem dzisiejszego Parku Sady Żoliborskie. Mój ojciec, ranny w powstaniu, wydostał się kanałami na Żoliborz i trafił ze swoim oddziałem do sióstr zmartwychwstanek. Prawdopodobnie przechodził przez teren dzisiejszego Parku, niestety ślad po nim zaginął. Moje początki związane z Żoliborzem są dramatyczne, niemniej jednak pozostałam tu do dzisiaj.

Studiowałaś pedagogikę. W wieku 23 lat zostałaś dyrektorką szkoły podstawowej przy Filareckiej.

To była szkoła pod patronatem wsm-owskim. Już wtedy byłam członkiem Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, razem to już 63 lata. Od początku pracy w szkolnictwie zajmowałam się organizacjami młodzieżowymi. Założyłam Młodzieżową Służbę Ruchu, a także społeczne nauczanie języków obcych w szkole przy Filareckiej. Dzieciaki uczyły się angielskiego, francuskiego. Język rosyjski był wtedy obowiązkowy. Zajmowałam się nauczaniem początkowym. Później zrobiłam doktorat z z nauk humanistycznych w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Warszawie.

Pamiętasz swoich uczniów?

Uczyłam Damięckich, Kaczyńskich. Przyjaźniłam się z Jadwigą, matką Lecha i Jarosława, oraz ich babcią. Chłopcy byli trudni, Jadzia się z nimi bardzo mordowała. Ich tata pracował na Politechnice. Babcia mieszkała naprzeciwko naszej szkoły na V kolonii WSM. Bracia uciekali do niej na dużej przerwie na obiady, spóźniali się na lekcje. To byli zdolni chłopcy, ale nie chcieli się uczyć. Później chodzili do liceum nr 41 im. Lelewela, przy ul. Siemiradzkiego, a następnie do liceum nr 39.

Po pracy w oświacie przeszłaś do Najwyższej Izby Kontroli, gdzie zostałaś na 20 lat.

Tu też spotkałam się ze swoim uczniem – w 1995 roku prezesem NIK-u został Lech Kaczyński. Od razu zwolnił z pracy 150 osób, w tym mnie. Chciał znaleźć posady dla swoich kolegów z Wybrzeża. Procesowałam się z własnym uczniem! Wszystkie sprawy wygrałam. Kaczyński musiał przywrócić nas do pracy.

Przejdźmy do Parku Sady Żoliborskie. W 1968 roku następuje całkowita likwidacja działek, które były na tym terenie od lat trzydziestych. W 1971 roku przenosisz się w te okolice i zaczynasz działać.

Po czterech miesiącach od przeprowadzki, razem z sąsiadami, w ramach czynów społecznych, zaczęliśmy porządkować park. Założyliśmy komitet, to nie było jeszcze zarejestrowane stowarzyszenie. Ja byłam główną organizatorką, pomagała mi projektantka osiedla Halina Skibniewska, ważną rolę pełnił też inżynier Ryszard Błahyj. Znałam tych wszystkich ludzi dzięki pracy w szkole. Z łatwością dało się ich przekonać do współpracy.

Kierownictwo WSM, które mieściło się przy ulicy Filareckiej naprzeciwko mojej szkoły, objęło nas opieką. Musieliśmy też uzyskać zgodę Rady Narodowej i komitetu dzielnicowego partii, działających przy ul. Słowackiego. Nie było z tym problemu. Komitet partii już wcześniej pomagał mi załatwiać zapomogi dla biednych nauczycieli i dla dzieci samotnie wychowywanych przez matki.

Z czym musieliście się mierzyć, porządkując dawne działki?

Nie mieliśmy pieniędzy na traktory, motyki czy taczki. Wszystko społecznie załatwiał Błahyj. I od września, w każdą sobotę, zajmowaliśmy się porządkowaniem parku. Trzeba było usunąć rozwalone murki, które rozdzielały działki, kłącza roślin. Nie ruszaliśmy tylko drzew owocowych. Ani jedno drzewo nie zostało usunięte. Musieliśmy wywieźć wszystkie rupiecie, śmieci, odpadki z zabudowy tych działek, gruz, nieczystości. To był bardzo zaniedbany teren. Brudny, śmierdzący. Zachowaliśmy tylko drzewa owocowe i te krzewy, które nie były zniszczone, połamane.

Projektantką parku została architekt krajobrazu Maria Wolińska. To ona wybierała rośliny, krzewy, które, po uzyskaniu zezwolenia Rady Narodowej, zasadziliśmy na tym terenie. Wszystko, co było potrzebne, finansowaliśmy ze składek. Pomagała nam też większość kolejnych prezesów WSM.

Rozpoczęliśmy ratowanie tego terenu po to, żeby go nie zabudowano. Cały czas dosadzaliśmy krzewy, dęby, śliwy, jabłonie, grusze, drzewa dekoracyjne.

To Halina Skibniewska doradziła nam sadzenie dębów. Stwierdziła, że nikt nie zgodzi się na wycinkę dębów, czyli teren będzie chroniony przed zabudową.

Przy okazji chciałam bardzo podziękować za już półwiekową współpracę i życzliwość Spółdzielni dla naszego Stowarzyszenia.

Jak do tego doszło, że w 1994 roku udało się oficjalne zarejestrować ten obszar jako park?

Halina Skibiewska wystąpiła do władz Warszawy o nadanie dawnym działkom statusu parku. Wstępną decyzję dostaliśmy w 1992 roku, dlatego taka data widnieje na głazie pamiątkowym w parku. Między 1992 a 1994 rokiem trwały prace rejestracyjne – obszar trzeba było nanieść na plany, aż w końcu zatwierdzono całość i tak oficjalnie powstał Park Sady Żoliborskie.

Do dzisiaj cały czas pracuję społecznie, teraz w ramach Stowarzyszenia Ochrony Parku „Sady Żoliborskie”. Działam też w parafii świętego Jana Kantego, gdzie od dwudziestu lat prowadzę gazetę „Parafia na Sadach”.

Od kilku lat na terenie Parku działa druga grupa – „Owocowe Sady Żoliborskie”. Jej członkowie, tak jak wy, złożyli projekt w budżecie obywatelskim, chcą się troszczyć o ten teren. Z jakiegoś powodu jednak nie współpracujecie.

„Owocowe Sady” powstały za naszymi plecami. Nowy burmistrz nie poinformował nas o tym, że zezwolił im na działalność, Wydział Ochrony Środowiska też nie był o tym informowany. Burmistrz był potem zaskoczony akcjami protestacyjnymi „Owocowych Sadów” przed Urzędem Dzielnicy. Grupa zorganizowała, bez zgody Urzędu, zebranie wszystkich owoców z parkowych drzew. Potem wywieziono je do zoo i stadnin końskich.

Uczestnicy zbierania tłumaczyli to tym, że owoce by spadły i zgniły.

Przez tyle lat zgniłe owoce były zabierane przez Urząd Dzielnicy. Wydział Ochrony Środowiska ma podpisane umowy z porządkującymi. Nasi mieszkańcy zbierali owoce całe lata, nie było problemów. „Owocowe Sady” zrobiły to po to, by uzyskać więcej głosów w budżecie obywatelskim. Nasze Stowarzyszenie z nimi w ogóle nie współpracuje. Nie mamy żadnych kontaktów, nie uzgadniamy żadnych spraw, dlatego trudno mówić o konflikcie. To jest raczej płaszczyzna sporu między Urzędem Dzielnicy a „Owocowymi Sadami”. Oni po prostu weszli w park sami, wręcz nieelegancko, nie biorąc pod uwagę osób, które działają tu od lat. Nasze projekty też były wybierane wielokrotnie w budżecie obywatelskim – od początku jego istnienia projekty złożone przez Stowarzyszenie wygrały osiem razy. Nasza współpraca z Urzędem Dzielnicy układa się konstruktywnie. Troszczymy się o park bez niepotrzebnych konfliktów.

Rozmawiał Bartłomiej Pograniczny

Wywiad ukazał się w numerze 6/2021 „Życia WSM”.