Ryszard Szabelak (1930-2018): Powstańcze wspomnienia żoliborskiego harcerza

III strona Powstacze wspomnienia oliborskiego harcerza21 kwietnia zmarł Ryszard Szabelak, mieszkaniec osiedla Zatrasie. Urodził się w 1930. Od czwartego roku życia mieszkał w osiedlach WSM. W trakcie Powstania Warszawskiego walczył w służbach pomocniczych zgrupowania „Żyrafa” (obwód II Żoliborz AK, dowodzony przez „Żywiciela”). Nosił kolejno pseudonimy: „Dromader” i „Żyrafa”. W 1964 roku został członkiem WSM, wcześniej członkami byli rodzice. Społecznik, przez wiele lat działał w strukturach Spółdzielni.

Pogrzeb odbędzie się 8 maja o godzinie 11:00 w Domu Pogrzebowym przy ul. św. Wincentego 79, po którym nastąpi wyprowadzenie na Cmentarz Bródnowski. W imieniu redakcji „Życia WSM” składamy wyrazy współczucia Rodzinie.

Przypominamy wspomnienia pana Szabelaka z okresu Powstania Warszawskiego, z numeru 4/2015.

 

 

Powstańcze wspomnienia żoliborskiego harcerza

Właściwie „moje” Powstanie zaczęło się nieco wcześniej. Na wiosnę 1944, będąc już uczniem I klasy gimnazjum i liceum im. ks. Józefa Poniatowskiego (na tajnych kompletach) zostałem przez kolegów wciągnięty w konspirację. W marcu 1944, w mieszkaniu Tadka Małka (syna Sabiny, tej od „Baja”), w I Kolonii WSM, ja i kilku innych kolegów, m.in. Jurek Kordziński, na ręce Tadka złożyliśmy przysięgę.

Był nastrój – portret J. Piłsudskiego, orzeł na tle flagi, świece. Zostaliśmy harcerzami z zastępowym Tadkiem. Działaliśmy w tzw. małym sabotażu. Jedni malowali znak Polski Walczącej lub, leżąc godzinami (w tym i ja) przy ogrodzeniu lotniska na Bielanach (tam, gdzie dzisiaj jest Huta Warszawa), liczyli lądujące i startujące samoloty oraz rozpoznawali ładunek. Inni strzykawkami z kwasem, idąc z tyłu, polewali ubrania wychodzących z kina – w myśl hasła: „tylko świnie siedzą w kinie, a Polacy w Oświęcimiu”. Ja, jako posiadający rower, rzucałem żarówki napełnione atramentem w sklep Meinla (tu, gdzie teraz jest Empik przy placu Wilsona) sprzedający luksusowe towary Niemcom i Volksdeutschom. Dwa razy w tygodniu, późnym popołudniem, szliśmy na tzw. „szwedzkie okopy” (tam, gdzie domy w widłach ul. Marymonckiej i Żeromskiego) ćwiczyć rzuty granatem, tzw. tłuczkiem. Rano ćwiczyli tam żołnierze niemieccy. Zresztą ćwiczyliśmy atrapami zgubionymi przez Niemców.

Powstanie

To był wtorek 1 sierpnia 1944. Mieszkaliśmy wtedy w IX Kolonii (od 1938) przy ul. Płońskiej (obecnie Próchnika). W I klatce, na I piętrze.

Matka wysłała mnie po jakieś drobne zakupy do sklepu w IV Kolonii (istnieje do dziś). W połowie drogi (koło VII Kolonii) zaskoczyła mnie strzelanina w okolicy kotłowni przy Suzina. Było około 15:00. Natychmiast wróciłem do domu. Jak się okazało, była to strzelanina pomiędzy patrolem niemieckim, a grupą przenoszącą broń, która po wcześniejszej wymianie ognia przy Krasińskiego, ok. 14:00, z przypadkową ciężarówką z Niemcami, schroniła się w kotłowni i została zauważona przez ten patrol. Tak przedwcześnie, przed godz. „W” wyznaczoną na 17:00, na Żoliborzu rozpoczęło się Powstanie Warszawskie.

Nasza rodzina – Matka, młodsza siostra i ja – dowiedziała się o tych wydarzeniach od zaprzyjaźnionego ppor. Aleksandra Ważyńskiego ps. „Habdank”. Ojca nie było. Był zatrudniony w Państwowym Monopolu Spirytusowym i jeszcze nie wrócił. Później, ok. połowy sierpnia, otrzymaliśmy list pocztą „kanałową” od ojca, że Powstanie zaskoczyło go na Starym Mieście i że tam będzie walczył. Był sierżantem z krzyżem Virtuti Militari za Bitwę Warszawską w 1920 roku. Mimo że jestem pewny, iż był w konspiracji, nie został na czas powiadomiony o godz. „W”.

Pierwszy dzień Powstania minął na często wybuchających strzelaninach w różnych częściach Żoliborza. Do wieczora przemykały grupy młodych ludzi – spóźnionych, nie powiadomionych na czas.

W nocy wszystko ucichło. Zeszliśmy jak inni lokatorzy do piwnic, aby tam urządzić lokum, nie wiadomo na jak długo. Do mieszkania chodziło się tylko w czasie przerwy w ostrzale artyleryjskim. Najgorsze były „ryczące krowy” (wyjące duże pociski rakietowe).

Drugi sierpnia był dla nas, cywilów, ciężki. Okazało się, że Powstańcy zniknęli, a jak się później wyjaśniło, wycofali się do Kampinosu. Ten stan opuszczenia spotęgował czołg niemiecki, który, jeżdżąc po ul. Sierpeckiej, strzelał wzdłuż budynków osiedla. Jeden z pocisków trafił w okno I piętra naszej klatki schodowej. A Matka miała iść do mieszkania coś uważyć – udało się. Jedliśmy suche jedzenie.

Na drugi dzień, tj. 3 sierpnia Powstańcy wrócili – wszyscy odetchnęli! Formalnie rozpoczęło się codzienne egzystowanie w ciężkich warunkach. Ja, z uwagi na moje wcześniejsze zobowiązania (harcerstwo), rwałem się do walki. Matka nie pozwalała mi na to, uważając, że walczący ojciec i ciotka (siostra matki) to już dosyć. Może bym i uciekł, ale myśl, że Matka z siostrą nie dadzą sobie rady, będą głodować, powstrzymała moje zapędy. Ale tylko na początku. Należało przygotować piwnicę do życia w niej na co dzień. Miała ok. 8 m2, a trzeba w niej było żyć całą dobę, ze spaniem włącznie.

Największym problemem było zaopatrzenie w żywność. Na stanie było trochę mąki, słoniny, ale to mogło wystarczyć na 2-3 dni. Po wodę trzeba było co dzień iść do źródła, które było w kotłowni. Oczywiście, aby nabrać wody, należało wystać w długiej kolejce, a Niemcy wiedząc o tym skupisku ludzi, często ten obszar ostrzeliwali artyleryjsko.

Nieznaczne ilości warzyw zdobywałem z kolegami na działkach. Wydaje się to proste, ale było trudne i niebezpieczne. Zabudowa osiedla kończyła się na linii obecnej ul. Popiełuszki, która wtedy była polną ścieżką. Dalej stał jeszcze tylko klasztor ss. Zmartwychwstanek (dawał osłonę), a dalej była odkryta przestrzeń z ostrzałem niemieckim z Instytutu Chemii. Tak, że droga po te nieliczne marchewki, buraki, cebule, pomidory, czy rzadziej ziemniaki, odbywała się na brzuchu, czołgając się. Proszę sobie wyobrazić paręset metrów czołgania – inaczej na pewno groziła śmierć. I tak dzień w dzień!

W końcu sierpnia Powstańcy zdobyli olejarnię na Marymoncie. Był tam znaczny zapas oleju rzepakowego. Mnie udało się raz przynieść w kuble po marmoladzie – też często kryjąc się przed kulami niemieckimi. Przy okazji udało mi się na Marymoncie wykroić połeć mięsa z padłego konia –było to jedyne mięso w czasie Powstania. A tym, co się udało zdobyć, należało się podzielić z mniej sprawnymi sąsiadami. Gdy inni coś przynieśli, też się dzielili.

Od połowy sierpnia nasza piwnica uległa dużemu zagęszczeniu, gdyż całą lewą część zajął szpital AL. W związku z tym, do tych tragicznie ciężkich warunków bytu doszedł jeszcze nadmierny ścisk. Doszedł też ciągły ruch z rannymi, okrzyki bólu operowanych Powstańców oraz specyficzny zaduch z tym związany.

Dzięki ukazującemu się często „Biuletynowi Informacyjnemu” było wiadomo, co się dzieje w innych rejonach Warszawy. Także dzięki „Biuletynowi” dowiedziałem się, że rozpoczęły się zrzuty od Sowietów. Wtedy też postanowiłem, że nie mogę dalej siedzieć „pod spódnicą” i zgłosiłem się do drużyny harcerskiej.

Nie skierowano mnie na front. Dostałem zadanie, z kilkoma jeszcze chłopakami, segregowania zrzutów sowieckich na zdatne do użytku i uszkodzone. Zrzutów dokonywano wieczorem „Kukuruźnikami” (P02) z małej wysokości i na bardzo małych spadochronach, a więc często pojemniki ulegały rozbiciu. Zdarzały się też zrzuty rzeczy zbędnych, np. dużych ilości broszur propagandowych. Selekcja odbywała się w kąpielisku osiedlowym (w budynku koło kotłowni). Z uzbrojenia były to karabiny ppanc., pepesze, amunicja. Karabiny ulegały np. skrzywieniu bardzo długich luf, a amunicja była częściowo pognieciona. Naszym zadaniem była selekcja dużych ilości amunicji na dobre i uszkodzone – składało się je w wannach kąpieliska. Zajmowało to parę godzin dziennie.

W czasie jednego powrotu „ze służby” zaczął się ostrzał placyku, na którym ludzie stali po wodę. Padłem, ale na plecy, żeby widzieć co się dzieje. Tam często ludzie odnosili rany, ginęli, nie było się gdzie skryć. Ostrzał trwał zwykle krótko, ale był intensywny. Mnie też „podrapał” odłamek w piersi. Ponieważ było blisko do domu, a więc i szpitala, to za butelkę spirytusu od Matki lekarze mnie połatali (na żywca). Nie mogłem już brać udziału w wyprawach po jarzyny.

W czasie jednego z ostrzałów naszej klatki, w której schronili się Powstańcy, zaczął ostro ujadać nasz piesek (ratlerek). Jeden z żołnierzy nie wytrzymał napięcia i zastrzelił go. Zaczęły się narzekania cywilów na coraz większy głód, śmierć i odczuwalną, prawie pewną klęskę. Powoli ginęło gdzieś patriotyczne uniesienie z początku Powstania.

Niemcy wygnali nas z naszych piwnic-domów 30 września – akurat w moje urodziny. Do piwnic wrzucali granaty. Można było wziąć tyle rzeczy, ile się uniosło, a z tym (siłą) było gorzej. Byliśmy bardzo słabi.

Pognali nas Płońską do Krasińskiego i dalej do Powązkowskiej i Wolskiej. Przy przekraczaniu linii obecnej ul. Popiełuszki nad nami przelatywały pociski ostrzeliwujące jeszcze walczącą część Żoliborza. Także w tym miejscu Niemcy zaczęli wybierać z kolumny mężczyzn. Ja byłem wysoki, to podpadłem. Kolumna wygnańców szła dalej, a nas, w liczbie około 150 osób, ustawili na wzniesieniu w dwuszeregu – tam, gdzie mniej więcej obecnie stoi budynek Sady Żoliborskie 3. Naprzeciw ustawili karabiny maszynowe z obsługą. Tak staliśmy mniej więcej pół godziny. W szeregu za mną stał zaprzyjaźniony, nieco starszy sąsiad z IX kolonii, kolega Leszek Kaczyński (po wojnie wieloletni dyrektor Biura Odbudowy „Stolica”). Zrobił coś niezapomnianego. Wziął mnie do drugiego szeregu, a sam stanął w pierwszym. Powiedział: „Jak zaczną strzelać – padaj do tyłu, a ja na ciebie, poczekaj do wieczora i uciekaj”. Bohater! Po następnej ok. pół godzinie przyjechały wozy osobowe z oficerami i fotografami. Robili dużo zdjęć nas, „bandytów”, i strzelców, a następnie odjechali. Jakiś czas potem kazali dogonić kolumnę cywilów. Rodzinę dogoniłem na Wolskiej, tuż przed przerwą w marszu i odpoczynkiem w kościele św. Wojciecha (koło Bema). A w tym kościele w czasie Powstania też się działy straszne rzeczy. Wchodziliśmy tam ze strachem. Następnie pognali nas na Odolany do wagonów towarowych i zawieźli do Pruszkowa – Durchgangslager 121.

Mój rodzinny bilans po Powstaniu to całkowita utrata dobytku. Matka z siostrą i ciotką poszły do obozu koncentracyjnego Ravensbrück, a ja do męskiej części tego obozu (Nr 10820). Ojciec z dwoma braćmi (wg PCK) po kapitulacji Starego Miasta trafił do Mauthausen, gdzie zatłukli ich już po dwóch miesiącach.

Wszyscy warszawiacy, w tym Powstańcy, byli według Rzeszy bandytami. Dopiero po kapitulacji podpisanej przez Bora-Komorowskiego zostali uznani za jeńców wojennych i zesłani do oflagów i stalagów.

Ryszard Szabelak