„Dziadowskie zabawy” na Powązkach

„Dziadowskie zabawy” na Powązkach

Tekst poniższy poświęciłem ciekawemu obyczajowi dziadowskich zabaw składkowych organizowanych przez cechy dziadowskie w dniu 3 listopada, następnego dnia po Zaduszkach. Odbywały się one w rejonie Czarnego Dworu, który usadowiony był gdzieś w okolicy obecnej ulicy Dolnośląskiej, przy której siedzibę ma Administracja Osiedla Rudawka. Od kiedy kultywowano ten obyczaj w tym miejscu, trudno ustalić, można jednak powiedzieć, że jeszcze w 1935 roku wspominał o nim „Kurier Warszawski” podkreślając, że w stolicy już on zanika. Myślę jednak, że w przededniu Dnia Wszystkich Świętych i Zaduszek warto o nim przypomnieć. Przy okazji też wydobyć z pamięci Mickiewiczowskie „Dziady”, których autor owe dziadowskie obrządki tak pięknie w dziele swoim przedstawił.

 

Zostawmy jednak arcydzieło naszego wieszcza na boku. Nie o te „Dziady” się tu rozchodzi. Przywołajmy zaś atmosferę Dnia Zadusznego, w szczególności rzesze żebraków, „dziadów proszalnych”, którzy przy wejściach do kościołów i na cmentarze oczekiwali na jałmużnę pieniężną i żywność. Wyprawiano też żebrakom uczty nawiązujące do styp pogrzebowych. W zamian za to mieli oni obowiązek modlenia się za zmarłych z rodziny darczyńcy. Liczba „zdrowasiek” zależała, jak należy przypuszczać, od wartości podarunku. O wysokość taksy prawdopodobnie dbały cechy dziadowskie.

  1. Gloger, w swoim „Roku polskim w życiu, tradycji i pieśni”, wspomina o ucztach także na Litwie, które nazywano „chauturami”, a dziadów w nich uczestniczących „chawturnikami”. W ucztach brało udział wielu biesiadników. Być może, jak zastanawiają się autorzy książki „Wyrzeczysko” (T. M. Ciołek, J. Olędzki, A. Zadrożyńska), cytuję: „właśnie z tej nazwy i zwyczaju wywodzić by należało znaczenie słowa «chałtura», boć przecież poza wystawnym obiadem, «chawturnicy» otrzymywali dość wartościowe podarki: pieniądze, krowę, odzież itp.”.

Nie o chałtury jednak chodziło w rejonie dzisiejszej ulicy Dolnośląskiej, ale o zabawy składkowe, które wspomina w „Gawędach o Starej Warszawie” Franciszek Galiński, jeden z najznamienitszych varsavianistów. Organizatorem miały być cechy dziadowskie. One zbierały składki z części tego, co członkowie uzbierali z datków w Dzień Zaduszny. Niestety, nie mamy informacji, ile wynosiło wpisowe na Powązkach. Według „Kuriera Warszawskiego” z 1935 roku na Bródnie 5 złotych. Cechy organizowały przyjęcie i tańce. Tak, tak. Były i tańce! Wyśpiewywali i tańczyli jak Messalka lub Zula (Pogorzelska) (na podst. pisma ulotnego pt. „Bal Dziadowski”). Dla postronnego widza najbardziej szokujące były zdarzające się „cuda”. Kulawym odrastały nogi, bezrękim ręce, ślepcy odzyskiwali wzrok, głuchoniemi – słuch i mowę. Jeszcze tylko, gdy paralitykom wracała władza w członkach, zabawa rozkręcała się na dobre. Bawiono się nie gorzej niż na redutach i maskaradach w Teatrze Wielkim. Pisano o nich wierszyki i piosenki, a drobny fragment związany z naszą okolicą prezentujemy Czytelnikom:

Na miasteczku Powązkach

Jest resursa dziadowska

Tam po modłach żebraczych

Na narady się schodzą

Tu się kłócą o działy,

dyskutują i godzą

Gdy zaś miną Zaduszki

Wtedy Zarząd Cechowy

Z roku na rok urządza

Bal dziadowski składkowy.

(z pisma ulotnego „Bal dziadowski”)

Być może bywanie na balach dziadowskich było bardziej elitarne niż w Ziemiańskiej, stanowiły one bowiem folklor, którego gdzie indziej trudno było szukać.

Władysław Głowala